sobota, 5 grudnia 2009

Druga beznadziejna historyjka napisana przez mnie.

...I znów w mieście zgasły światła. Wszędzie jest cicho i ciemno, nikt nie idzie ulicą. Na niebie widać tylko małą świecącą piłeczkę - to księżyc. Pełnia.
Juliette jednym zamaszystym ruchem ubrała biały sweterek, zapaliła lampę naftową i wyszła z swojego białego domku z altanką. Jej blond włosy powiewał delikatny wiatr, który nie był w stanie zgasić lampy. Szła w stronę parku. Robiła to codziennie, i zawsze była ubrana tak samo. Biała sukienka do kolan, jasne baletki i biały sweterek. Cały ubiór zlewał się z jej bladą cerą, która lśniła w świetle księżyca. Czerwona usta były złożone w delikatny uśmiech. Dziewczyna w lekkich podskokach kierowała się w stronę parku. Minęła kilku pijanych mężczyzn, którzy z "braku sił" leżeli w rowie, a także kulawego psa, który z winy braku światła zagubił się.
Ominęła wielką strzałkę wskazującą gdzie jest park i weszła do niego. Było tam cicho i spokojnie. Żadnej żywej duszy...bynajmniej tak się wydawało zwykłemu śmiertelnikowi. Szła przed siebie patrząc na księżyc i nagle poczuła iż, ktoś za nią idzie. Nie obróciła się, lecz zwolniła. Mężczyzna wyminął ją i za taranował przejście.
- Co taka piękna kobieta robi o tej porze w parku - skłonił się - i to do tego sama?
- A co robi tu tak bezbronny człowiek ? - zapytała szyderczo Juliette
- Proszę nie odpowiadać pytaniem na pytanie - zbulwersował się mężczyzna
- W takim razie, odpowiem panu tak. To nie pańska sprawa.
Już starała się odejść jednak mężczyzna ją złapał za ramię.
- Dokąd to laleczko ? - zaśmiał się
- Dalej niż pan może dojść - złapała go za szyję i rzuciła w stronę najbliższego drzewa. Dawno nie jadła, a on tak smakowicie pachniał. Wysunęła swoje białe kły i już miała je wbić w szyję mężczyzny, jednak przykuły jej uwagę świeże dziurki po kłach - Kto ci to zrobił ?! - wykrzyknęła ?
- Nie pamiętam - odpowiedział mężczyzna, po czym zemdlał.
- Padlina ! Nie tykam padliny ! - spoliczkowała faceta aby oprzytomniał i spojrzała mu głęboko w oczy - A teraz napiję się trochę twojej krwi, a jak ktoś cie zapyta kto ci to zrobił powiesz, że nie pamiętasz. - wbiła mu kły w szyję i wypiła trochę krwi. Nie chciała więcej, wiedziała, że jeśli za dużo wypije to może go przemienić lecz tego nie chciała. Odsunęła go od siebie - Teraz chłopcze idź do domu i zjedz duuużo czekolady - uśmiechnęła się i już jej nie było.
Była w środku parku. Minęła przestraszoną kobietę niosącą zakupy. Kobietę nurtowało to co nurtuję każdą kobietę "Czy dzieci już śpią ? Czy są bezpieczne ? Czy mąż jest trzeźwy ? I co do jasnej cholery robi ta piękna dziewczyna o tej porze w parku". Juliette podeszła do kobiety :
- Dobry wieczór Pani. Czy widziała może pani takiego niedużego pieska ?
- Och nie...A co uciekł ci ?
- Tak...Tak nagle zgasły światła. Uciekł i nie mogę go znaleźć. - zrobiła minę załamanej dziewczynki, która zaraz miała się rozpłakać. Nie mogła się rozpłakać...gdyby to zrobiła ta kobieta zauważyła by iż coś z nią nie tak. Ludzie nie płaczą krwią.
- Dobrze ci radzę, poszukaj go rano. To nie jest odpowiednia pora. Ostatnimi czasy coś złego dzieje się w tym miasteczku. Prądu nie ma codziennie, o tej samej porze i do tego ludzie mają dziwne rany na szyi. Takie dwie małe dziurki. Policja sama nie wie jak to możliwe. Ja sądzę, że to... - kobieta nie dokończyła, bo wzburzona Juliette pchnęła ją na ziemie i wbiła swoje kły w jej szyję.
- Dziękuję, byłam bardzo głodna, a tamtym za bardzo się nie pożywiłam - zaśmiała się szyderczo - A teraz idź do domu, a jeśli ktoś cię zapyta co ci się stało, powiedz iż ugryzł cie komar. Jak wyśmieją powiedz, że są głupcami. - i już jej nie było...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz